Chyba widziałem koteczka

Był sobotni poranek. Jak co dzień rano wziąłem kijki do chodzenia i wybrałem się na szybki spacer. Po drodze chciałem jeszcze wejść do sklepu po świeże pieczywo na śniadanie. W tym celu musiałem przejść przez osiedle domków jednorodzinnych. Mijając kolejne domy, zaczepiła mnie pewna staruszka. Powiedziała, że jej kot wdrapał się na drzewo i nie chce zjeść. Jako, że jestem młody i dość sprawny postanowiłem, że pomogę kobiecie w odzyskaniu pupila. Oparłem kijki trekkingowe o ogrodzenie i podszedłem do drzewa. Rzeczywiście, wysoko w górze siedział kot, który nieszczęśliwie zawodził. Złapałem się gałęzi i zacząłem wspinać.

Kot się jeszcze bardziej wystraszył i wspiął się jeszcze wyżej. Tak więc pokonywałem kolejne gałęzie w celu uratowania kota. Kiedy byłem już w połowie drogi, gałąź na której stałem zaczęła wydawać niepokojące odgłosy. Zanim się zorientowałem, złamała się pod moim ciężarem a ja upadłem na ziemię. Kot tak bardzo się wystraszył, że sam zeskoczył z drzewa i wczepił się w podomkę swojej właścicielki. Starsza pani jednak spanikowała widząc, że trzymam się za kostkę. Próbowałem wstać, ale ból był tak wielki, że nie mogłem ustać. Nie wziąłem telefonu komórkowego z domu i nie miałem jak zadzwonić do żony, że raczej nie kupię pieczywa. Starsza pani okazała się być bardzo silną kobietę, pomogła mi wstać i zaprowadziła mnie do swojego domu.

Kiedy ja usiadłem na fotelu ona chwyciła za słuchawkę od telefonu i zadzwoniła na pogotowie. Kiedy czekaliśmy aż przyjedzie karetka, kobieta cały czas mnie przepraszała jednocześnie dziękując za to, że starałem się uratować jej kota.
Po dwudziestu minutach przyjechało pogotowie. Lekarz obejrzał moja nogę i stwierdził, że muszą zabrać mnie do szpitala i zrobić prześwietlenie. Z domu starszej pani zadzwoniłem do żony i opowiedziałem o całym zajściu, żeby się nie martwiła moją długą nieobecnością. Na miejscu okazało się, że noga jest poważnie uszkodzona i nie obędzie się bez gipsu. Wróciłem więc do domu o trzy kilogramy cięższy. Zdaje się, że długo nie będę potrzebował kijów do chodzenia. Właścicielka kota co dwa dni przychodzi z ciastem w ramach zadośćuczynienia. Kilka razy przyszła z kotem z którym mimo wszystko zdołałem się zaprzyjaźnić. Myślę, że i starsza pani pozostanie z nami na jakiś czas w naszym życiu. Może przy okazji mogłaby przynosić świeże pieczywo? Tą historie będę opowiadał swoim dzieciom, mówiąc, że ich tata jest bohaterem.